Proza poetycka


Poranek dnia nowego


Noc nie przyniosła mi upragnionego wytchnienia
choć trwała całą wieczność i pół lata
Myśli szalone galopowały w mojej głowie
jak tabuny dzikich amerykańskich koni
poruszających się z południa na północ
i pozostawiających po sobie chmurę pyłu
który opadając wtrącał mnie w otchłań niebytu
Agresywny i niezwykle głośny trel kosa   
wyrwał mnie z majaku sennego
Dobry kwadrans upłynął zanim zorientowałem się
że to poranek dnia następnego
Piaskowy pył wzniecony tysiącem kopyt końskich
osiadł na moim ciele grubą warstwą
powodując paraliżujące uczucie bezwładu
Czułem się jak ołowiany żołnierzyk
ulubiona zabawka moich pierwszych lat życia
Długo trwało zanim zwlokłem się z łóżka
tej areny snów i powtórek z dzieciństwa
Stanąłem na mocno jeszcze chybotliwych nogach
i odniosłem wrażenie, że nogi moje
to dwa pale wbite głęboko w dno morza północnego
nieczułe i sztywne, odporne na ataki fal morskich
Po długiej reanimacji wszystkich kości i stawów
oraz ćwiczeń gimnastycznych mobilizujących
zdezerterowane jednostki mojego ciała
udało mi się postawić pierwsze nieporadne kroki
które skierowałem prosto ku kuchni
tego bastionu i twierdzy rozkoszy kulinarnych
skąpanej w pierwszych, porannych promieniach słońca
Pierwszy łyk niezwykle aromatycznego napoju
ze świeżo zmielonych ziaren kawy
napełnił me ciało nową energią i spowodował
że zrzuciłem z siebie tę grubą warstwę pyłu
pozostałość moich nocnych wędrówek szaleńca
po bezkresnych stepach snów nocy letniej
I tak nastał dzień nowy





Uśmiech o brzasku

 

Gdy pierwsze promienie słońca ukazały się na horyzoncie
uśmiechnęłaś się do mnie bezszelestnie i ciepło
prezentując się pięknie na tle szarego jeszcze nieba
Jakby przypadkiem dotknęłaś dłonią moje ramię
chcąc przekonać się o prawdziwości moich uczuć
Byłem lekko zażenowany tym powitaniem
ponieważ nie zrozumiałem twoich porannych intencji
Chciałaś powitać wraz ze mną ten nowy dzień
lecz ja nie byłem jeszcze gotów na otarcie łez
pozostałych po sennej wyprawie poza widnokrąg
i na stawianie czoła wyzwaniom ludzkiej cywilizacji
Sen trzymał mnie jeszcze mocno w swoich szponach
jak zaborcza panna niechcąca utracić swoich marzeń
Patrzyłem się na ciebie próbując odgadnąć twoje zamiary
bo któż podziwia liście łopianu o piątej nad ranem?
Nie potrafiłaś jednak ukryć niepewności
ukrytej za tym parawanem skocznej muzyki
obawiając się mojej odmowy pójścia na poranny spacer
Tak jakby moja odmowa na dotrzymanie ci kroku
w tym szaleństwie zdobywania przewagi nad losem
była dla ciebie mniej zrozumiała niż blade światło lampy
wiszącej nad stołem naszych wspólnych rozmów
oraz codziennych sprzeczek o rzeczy małe i nieważne
Druga filiżanka kawy sprawiła że byłem już gotów
aby negocjować wraz z tobą nasz pakt o miłości
i sprzeczając się o każde słowo budować fundament
codziennych rytuałów więzi małżeńskiej
by przetrwać do jutra w niezakłóconym rytmie
serdecznych uśmiechów dwojga dojrzałych ludzi


   


Nagły atak deszczu


Deszcz nadszedł niespodziewanie
i jakby wstydząc się swojej natarczywości
rozpoczął chłodnym prysznicem
wielogodzinny atak na rozgrzane trotuary miasta
Dachy domów stawiały godnie czoła
nieulęknione i zahartowane w walce z żywiołem
podczas gdy tysiące batów
wyrzucanych z granatowych chmur
cięło na oślep w szaleństwie agresji
Wiatr wspierał niecne zamiary deszczu
zmieniając nieustannie swoje poglądy i kierunki
aby uważne oko obserwatora nie mogło
określić rozmiarów tej podłej napaści
Słońce zaniemówiło i skryło swoją twarz
zadziwione przebiegłością deszczu
i zaskakującą gwałtownością tej akcji
chłodzenia rozgrzanych głów ludzi
Powietrze ochłodziło się nieznacznie
i ciemność ogarnęła miasto nieugięte
które zbierało wszystkie swoje siły
aby nie rozpłynąć się w tej powodzi smutku
Deszcz zaślepiony wściekłą pasją niszczenia
nie spostrzegł braku subordynacji
większości swoich szarych szwadronów
i stracił nagle ochotę do prowadzenia dalszej nawałnicy
Bez zbędnych ceregieli opuścił swoje pozycje
nie okazując przy tym żadnych emocji
i kierując się na północny-zachód cywilizacji
pociągnął za sobą tabuny bezwolnych chmur



Niepogodzony ze światem


Powoli podnosisz się z klęczek nieśmiałości
jak małe i nieporadne dziecko
szukające oparcia w ramionach matki
a ołowiane chmury ponad twoją głową
płyną jak gdyby nigdy nic dalej
nie zważając na stan przygnębienia i apatii
jedynego widza tej na pozór bezsensownej
gonitwy ze wschodu na zachód
w poszukiwaniu miejsca gdzie mogłyby
pozbyć się tego balastu łez ludzkich
Podnosisz się długo i niepewnie
rozważając czy warto od nowa rozpoczynać
to co minęło bezpowrotnie
a może tylko zasnęło snem
śmiertelnie zmęczonego człowieka
zagubionego w świecie złudy i mirażu
ale wrażliwego i nieodpornego na kłamstwa
szukającego spełnienia w snach i marzeniach
z dala od tłumów ludzkich i nowoczesnej
kultury przekazu wiadomości
Gdy wreszcie powstałeś z popiołów nadwrażliwości
i ogarnąłeś wzrokiem niespokojnym
całą przestrzeń zielonoroślinną wokół ciebie
zrozumiałeś nagle że warto żyć
tylko dla tej jednej sekundy
pogodzenia ze światem realnym
aby za małą chwilę zanurzyć się ponownie
w świecie własnej wyobraźni
chroniąc duszę przed wpływami
agresywnej konsumpcji i bezlitosnych mediów




Po drugiej stronie snu


Obudziłem się w środku głębokiej nocy
zwinięty w kłębek jak małe dziecko
Tępy ból wwiercał się przez oczodoły w głąb czaszki 
wypełnionej czarno-białymi slajdami
Powoli przypomniałem sobie moje oba imiona i to
że spóźniłem się wczoraj na pociąg
że przespałem kolejną zimę
że zlekceważyłem zalotne spojrzenia sąsiadki
Nie chciałem otwierać oczu bo po co?

Wiedziałem już z całą pewnością
że nie dogonię błękitu który obiecałaś mi wczesną wiosną
 

Skrawki twojego zapachu tułały się jeszcze tu i uwdzie
podczas gdy ja przeczesywałem włosy zdrętwiałą dłonią
którą wyjąłem spod pękającej od bólu głowy
Kiedy wreszcze oduczę się tak spać!
Otworzyłem oczy a mocno czerwone światło
ulicznej latarni rozświetliło pokój metafizycznym
szeptem o wyraźnym smaku dojrzałych malin
Leżałem dobrą chwilę jak zasuszony rekwizyt
i składałem obolałe myśli w proste wersy
półżywe, półsenne i niedoskonałe jak ja sam
Zasupłany w szepty marzyłem o pielgrzymce
na drugę stronę tych majaków i złudzeń
Puenty kłębiły się wciąż na rzęsach jak ćmy
w grzmocie niedopisanych szaronocnych wierszy
gdy próbowałem ukryć się w zakamarkach snów
niezgodnie z ruchem wskazówek zegara





Rusałka pawik


Odurzony aromatem lawendy
oszalały przestrzenią i latem
przepiękny motyl
przycupnął na parapecie okna
Nie chciałaś skraść mu wolności
ale zafascynowana tęczowymi barwami
delikatnych skrzydeł
przykryłaś go na krótką chwilę
kryształową czarką
pachnącą intensywnie słodkimi malinami
Po chwili uniosłaś szklaną pułapkę
lecz motyl nawet nie usiłował odfrunąć
Wzbił się zaledwie lekko w górę 
finezyjnymi uderzeniami
brązowo-czerwonych skrzydeł
by opaść ponownie na parapet okna
pomimo twoich gorących protestów
że przecież nadal jest wolny
To ten słodki zapach malin
zebranych w niedzielne przedpołudnie
leżących tu i ówdzie na parapecie
spowodował jego zakłopotanie
Za chwilę jednak dokonał wyboru
i trzepocząc radośnie skrzydłami
zatańczył dla ciebie wdzięczny piruet
Byłaś szczęśliwa że zrozumiał
twoje prawdziwe intencje
i pozbyłaś się szybko
tęczowych wyrzutów sumienia
Zjadając ostatnie maliny
pokochałaś na nowo motyle

2 komentarze:

  1. Proza poetycka, coś nowego, choć "pawika" poznałam już wcześniej. Najzdrowsze są pierwsze wrażenia. Więc? Za gęsto, zbyt wiele myśli w jednym zdaniu. Za długie, jakbyś chciał dogonić Tołstoja. Aż brakuje tchu - poza "pawikiem" oczywiście, którego uwielbiam.
    Pozdrawiam niezmiennie serdecznie... Basia W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Basiu za konstruktywną krytykę. Jestem zawsze otwarty na wszelkie dyskusje i rozmowy o poezji i chętnie słucham uwag czytelników ale nie możemy przy tej okazji zapomnieć, że powiedzenie, de gustibus et coloribus non est disputandum, nadal jest ważne dla każdej artystycznej działalności człowieka.

      Usuń