Wybór wierszy


Oswobodzenie


zdejmowanie delikatnych pończoch
zajmuje dłoniom całą wieczność

w końcu jednak udaje im się zabłądzić
w oparach nieskazitelnie gładkiej skóry

pulsujemy wraz ze strzępami słów
i zapachem zmierzwionych włosów

proste ćwiczenia wybranych mięśni
nie uchodzą nam jednak na sucho

w minutę dobijamy targu




Spolegliwi


ściany pokoju zwierają się z wolna,
wyciszając krzyki wielkomiejskiej ulicy
   
samotnie zjadam kolację,
ty mówisz wciąż o białej sukni
i spadających z kalendarza kwiatach

lubię twoje pierogi ale nie cierpię
mierzyć się na słowa,
tak jak nie lubię ciepłego piwa
i dmuchawców, co wciskają się
zawsze pomiędzy

ze wzrokiem łapczywie utkwionym
w gwiazdy, zapieramy się o chłód
prześcieradeł, by w końcu ustąpić,
i odnajdując wspólny rytm, wnikamy
bezszelestnie w zbuntowane życiorysy

echo zachłannych dreszczy odbija się
od akwamaryny ścian, naszego
miejsca na ziemi




Nastała jesień


Zaszumiało zapachniało
modrzewiowo i jesiennie
pod stopami złote runo
nostalgicznie i półsennie

Półdźwiękami półsłowami
szepczą drzewa gubiąc liście
park się topi w zamyśleniu
ścieżki mienią się złociście

Kroki topią się w listowiu
stary modrzew zgubił igły
wiatr swawoli wśród konarów
wolny lekki niedościgły

Dźwięki requiem podmuch niesie
nastrój tworzą tęskne tony
park w melodię zasłuchany
zadumany rozmarzony




Wrzesień


Motyle tańczą wciąż beztrosko
echo szemranie lasu niesie
szepty się ścielą pod nogami
w purpurze liści płonie wrzesień

Lato opuści nas za moment
ścieżki barw orgią zarastają
jesień nadchodzi balsamiczna
drzewa korony obnażają

Ufać motylom już nie mogę
bo choć ich taniec chwali lato
wachlarze skrzydeł tracą werwę
legato zmienia się w staccato




W ramionach obietnic


nudzą mnie lukrowane słowa
stają w gardle
jak chleb z zakalcem

zdecydowanie wolę niedomówienia
zrodzone z niecierpliwych myśli

wtopione w bezmiar refleksji
pomiędzy gorzkimi wersami
pozostają we mnie na dłużej

jak strofy bibeloty




Okno z widokiem na lato


minęła czwarta czterdzieści jeden

zachłannie zapamiętuję
tymczasowość chwili
łapczywie napawając oczy
popielatym obrazem parku

po czym odchodzę
niepewnym krokiem od zmysłów
pomiędzy mgłę a niebo

smakować kolory nowego dnia




Kwadrans po wschodzie słońca


od świtu jesteś zaszlochana
noc była zbyt cierpka
wszystko nie tak jak powinno
na gwałt potrzebujesz nową kieckę

na otarcie łez
podaję poranną gazetę
i filiżankę kawy Marago

na wpół smutna
i na wpół naga
uśmiechasz się zagadkowo
jak najprawdziwsza Mona Lisa

ktoś musi jednak zarabiać pieniądze

wychodząc z domu
zarzucam na plecy
twój enigmatyczny uśmiech
a zostawiam ciepłe jeszcze kapcie

rachunki zapłacę jutro




Splin


to co ważne chowam w labiryncie myśli
na szczęście czy nieszczęście zarazem
potem chodzę cały dzień osowiały
nie mogąc odnaleźć fotografii z dzieciństwa

wygrzebane z szuflady plastry na duszę
nie przynoszę żadnego wytchnienia
rzucam się więc na tort czekoladowy
aby pożreć ostatnie okruchy tożsamości

bardzo się boję samotnie bałamucić niebo
podczas gdy ty biegając ze słońcem na patyku
każesz mi zastygnąć w błękitnym kolorze




Asumpt


miasto budzi się powoli
z monotonii czerni

małe miasteczka
zasypają wcześnie
jak ludzie

a potem budzą się
z nocnego odrętwienia
jak ze snu malarza
   
który sztywnymi palcami
rozjaśnia szarości
sennych jeszcze myśli
   
i mieszając ciepłe farby
z palety powtórnych
zmartwychwstań

kreuje zgaszony cynober
tężejącego dnia




Brzask


Najbardziej kocham
nowy dzień o świcie
sen się już pożegnał
noc pachnie wciąż tobą
Brzask puka do okna
wokół mgła się ściele
księżyc pomylił fazy
i płacze nad sobą
   
Po erupcji światła
ociemniały oczy
przez ażur firanki
słońce się przedziera
Jasnością mnie kusi
obietnicą karmi
nadzieją otula
i senność odpiera

Poblask się natęża
przygniata od wschodu
wyrzucam z pamięci
półsenne marzenia
Tęsknota za tobą
siłą jest witalną
apetyt na życie
potęgą istnienia




Codzienne sprawy


Pożółkły zapach
listów zapomnianych
uśpionych w mroku
szuflady komody
czeka na odkrycie
przez ciebie samego
byłeś zbuntowany
niepoprawnie młody

Gordyjski węzeł
spraw nierozwiązanych
wsunięty w otchłań
szuflady pamięci
czeka na przecięcie
przez ciebie samego
Bóg tu nie pomoże
ani wszyscy święci

Utkana z myśli
pajęczyna wzruszeń
wisząca nad stołem
rozmowy wieczornej
czeka na zerwanie
przez ciebie samego
nie ignoruj dłużej
duszy niepokornej

Zatroskany korowód
spraw niezałatwionych
taktowany rytmem
czasu i zwątpienia
czeka na wezwanie
przez ciebie samego
długa jest ta droga
do marzeń spełnienia




Na znak pokuty


tyle we mnie diabła co anioła
nie żeby od razu jakiś tyran

ale kiedy posypuję głowę popiołem
ze spalonych w ogniu emocji wierszy
by odrodzić się jak feniks
ze szczątków własnej fantazji

krzyczysz abym przestał się pieklić

siarczyste słowa tłumią mój bunt
zastygam w niedowierzaniu
i przeglądając się w twoich oczach
jak w chłodnym błękicie nieba

dobrowolnie oddaję pierwsze skrzypce




Meandry pamięci


Usta moje milczą
bo szepczą palce
zbierając czerwono-gorzkie
grona jarzębiny
do kosza zapomnienia

Gdy będę gotów
napluję śmierci w oczy
bo nie chcę być nieśmiertelny

Rozewrę usta milczące
osuszę palce z goryczy
i balansując na krawędzi wyobraźni
pozwolę się ponieść rzece pamięci
do krainy przypomnienia




Błękitny spacer


Urwałem sobie skrawek nieba
taki ze słońcem i chmurami
zaraz rozłożę go w ogrodzie
trawnik wyścielę marzeniami

Przespaceruję się w błękicie
zapomnę troski i zmartwienia
przypomnę sobie jak smakują
dawne fantazje i pragnienia

Zamiast trawnika lazur nieba
odżywa młodość we wspomnieniach
zmieszany jestem i spłoszony
ponieważ chodzę po marzeniach





Dzikie wino


urzeczeni
barwami jesieni
przymykamy oczy

czekając aż wiatr
przestanie urągać
konarom zdziczałych
jabłoni

zawstydzone liście
dzikiego wina
otulają nas
nieśmiałym pąsem

a my wsłuchani
w szepty wrzosów
nie potrafimy
uwolnić naszych
rozgadanych
dłoni

wiatr przekręci
i tak
wszystkie
słowa




Ostatni joint


żółte światła latarni
jak pordzewiałe gwoździe
wbijały się w głowę

kadr po kadrze
pociąg za pociągiem

zapatrzony w krawędź ściany
udawał że biegnie

w oczach starej kobiety
przechodzącej obok
nawet cienia uśmiechu

dokąd uciekasz bez butów

zabrakło mu tchu
aby odpowiedzieć wyretuszowanym słowem

kiedy pobladły wszystkie kolory
wiedział już że nie wróci

pochłonął go zamglony świt dworca




Koncert na harfę, flet i orkiestrę


poprzez struny celtyckiej harfy
ocierając się o skrzypce i altówki
dobiega mnie subtelny głos fletu

upojna fraza znieczula zmysły
pomiędzy ciszą a dźwiękiem

spokojne tempo narasta z wolna
zamykam oczy i przepadam
w szaleństwie smyczków

pod wilgotnymi powiekami
odżywają wspomnienia w C-dur




Starość


wciska się nieproszona
pomiędzy porwaną pamięć a niesprawne palce
zaciśnięte na wyszczerbionej filiżance

herbata z melisy na senne refleksje
parzy spierzchnięte usta

demencja panoszy się jeszcze
ale nie miesza już jawy z urojeniem
cztery niezdarne kroki do łóżka
wykrzywiają twarz bólem

czas stukając rytmicznie w cyferblat
zaciera wszystkie ślady apatii
a sen w odruchu miłosierdzia
przynosi ze sobą zapachy słomy i lawendy

do brzasku pozostały trzy godziny




Pokochaj moje wiersze


słyszysz? to moje myśli grają
na cienkich strunach skrzypiec
które schowałaś za piecem
dla starego świerszcza

gdy pokochasz moje wiersze
to nadzieja zatańczy
a czas zatrzyma się
w odruchu zdziwienia

wtedy dasz wiarę moim słowom
co wzniecają ogień uczuć
i zastygają w sercu
kroplami prawdy o mnie

1 komentarz: